SWOS Scene: WWW.SENSIMAN.NET, Sensible Manager (SM) - manager SWOS on-line; 10 lig, gramy od 2000 roku!
Languages: pl

Świat Sensible Soccer

Jest połowa lat dziewięćdziesiątych minionego wieku. Kobiecy głos wita cię piosenką: "You're goal scoring superstar hero". Wysłużona Amiga trzeszczy wgrywając drugą dyskietkę. Jest długo oczekiwane menu. W dzisiejszych czasach najkrótszy lag oznacza serię kulturalnych życzeń wobec powolnego sprzętu. Kiedyś trzeba było czekać i nikt nie narzekał. Wybieramy "Career", choć zdecydowanie częściej klikało się "Load old competition". A tam czekało wiele niedokończonych sezonów, które trzeba było wgrywać z osobnej dyskietki. Na jednej mieściło się zaledwie kilka, więc z czasem użytkownik Amigi miał więcej dyskietek z sejwami niż pozostałych gier. Świat Sensible Soccer. Pierwsza masowa gra piłkarska, która bez pamięci pochłonęła pokolenie urodzone na początku lat osiemdziesiątych. A także tych nieco starszych i nieco młodszych. Nie inaczej było w Jastrzębiu, gdzie organizowano liczne turnieje w SWOS-a, a jednym z bardziej intratnych interesów było sprzedawanie joysticków. Ile człowiek ich złamał próbując przelobować Petera Schmeichela... No bo niby jak inaczej strzelić bramkę Manchesterowi United, kiedy gra się Stalą Stalowa Wola?

Pod względem grafiki i różnych bajerów Sensible Soccer nijak nie wytrzymuje porównania z dzisiejszymi grami piłkarskimi, które zajmują kilka gigabajtów. Piłkarz w SWOS nie miał własnej twarzy, a jedynie odpowiedni kolor skóry i włosów. Kibice nie wykrzykiwali za każdym razem innej nuty. Boisko miało zawsze te same wymiary i te same trybuny. Jedynie murawa zmieniała się w zależności od pory roku, w której rozgrywano mecz. Szczególnie ciekawie wyglądało to zimą, gdy po oblodzonej tafli nie dało się nawet normalnie podać do najbliższego zawodnika. Mimo to gra uzyskała miano kultowej, a dawne turnieje do dziś są wspominane przez dorosłych już ludzi. Co więcej, do dzisiaj istnieją rozgrywki ligowe w Sensible, gdzie użytkownicy rywalizują przez sieć. Ale to już nie to samo... Na czym polegała magia tej gry? Pamiętajmy, że mówimy o latach dziewięćdziesiątych, gdy internet był w powijakach, a niektórzy z nas oglądali Eurosport jedynie dzięki misce umieszczonej na balkonie.

Większość pasjonatów Sensible World of Soccer zetknęła się przede wszystkim z trzema edycjami tej gry, które dotyczyły kolejno sezonów 1994/1995, 1995/1996 i 1996/1997. Chyba najlepiej dopracowaną wersją była ta z 1995/1996. W kolejnej zdarzały się niedoróbki i błędy, wynikające z poprawek w składach. No i ta nieudolnie przerobiona szóstka z piątki w dacie... Edycja 1994/1995 miała inną ścieżkę dźwiękową niż młodsze siostry i stąd wielu graczy może ją pamiętać przede wszystkim przez ten pryzmat. Gra zawierała wiele opcji gry. Od spotkań towarzyskich do wieloetapowych turniejów. Ale największą satysfakcję dawała kariera menedżerska czyli możliwość rozegrania dwudziestu (bodajże) sezonów. Czyli od sezonu 1996/1997 do sezonu 2015/2016. W połowie lat dziewięćdziesiątych rok 2012 wydawał się przysłowiowym kosmosem. A tu... pstryk. I już. Tym niemniej to w karierze menedżerskiej użytkownicy Sensible widzieli największą zaletę gry. Nawet pomimo tego, że po każdym sezonie przez dziesięć minut przewijały się wszystkie ligi i puchary. Cóż, wtedy był czas na odrobienie lekcji... Po czterech udanych sezonach jako szkoleniowiec klubowy otrzymywało się propozycję trenowania reprezentacji. Ileż to razy człowiek zdobywał mistrzostwo świata Polską, gdy na ataku szaleli Andrzej Juskowiak i Wojciech Kowalczyk. Obaj mieli po trzy i pół gwiazdki, oznaczające nie tyle umiejętności, co cenę zawodnika ustaloną przez twórcę gry. Alessandro del Piero kosztował okrągłe pięć baniek (co za czasy...), miał zatem pięć gwiazdek. Z kolei same umiejętności każdego z zawodników gracz mógł poznać po trzech literach przy nazwisku, które oznaczały, że dany piłkarz dobrze strzela, biega, gra głową itd. Najbardziej pożądaną cechą było oczywiście "S", czyli speed. Nawet największy patałach z dwiema gwiazdkami z "S" był więcej wart, niż zawodnik z trzema gwiazdkami, ale za to "wolny jak ketchup" (prawa autorskie do cytatu ma Andrzej Kostyra). Z tego względu niżej podpisany do ligi polskiej ściągał dwóch Koreańczyków z drugiej ligi japońskiej, którzy wyprzedzali tych wszystkich Zielińskich i Łapińskich. Innym wariantem było przestawienie bocznego pomocnika, który prawie zawsze miał "S" na pierwszym miejscu, na atak. Takim był na przykład Zdzisław Strojek z GKS Katowice. Ale ten z kolei zupełnie nie potrafił strzelać...

Niby tylko dwie dyskietki, a do dyspozycji około setki rozgrywek ligowych i pucharowych z całego świata. Do dziś nawet najbardziej pożądane gry nie mają tej zalety, aby można było w nich zagrać mecz ligi ghanijskiej pomiędzy Asante Kotoko i Hearts of Oak czy ligi sanmarińskiej między Tre Fiori a Muratą. A kompletnym hitem były cztery ligi Salwadoru. Ta mała bananowa republika leżąca w Ameryce Środkowej nie wiadomo czym zasłużyła sobie na takie wyróżnienie, bo czterema ligami dysponowały jedynie Anglia i Szkocja. No i Australia oraz Nowa Zelandia, jeśli liczyć rozgrywki stanowe (tu jednak nie było możliwości awansu z jednej do drugiej, były to ligi równoległe). Polska miała zaledwie jedną ligę, ale i tu była ciekawa zabawa, szczególnie gdy człowiek był młody i naiwny. Oto w ramach krajowych pucharów poza drużynami z ligi pojawiały się zespoły... dodatkowe. Najczęściej z poprzednich edycji gry, czyli grające na najwyższym poziomie rozgrywek nieco wcześniej. No i pewnego pięknego dnia niżej podpisany znalazł... Szombierki Bytom. Szybki żuraw do notatek i książek... 1992/1993. To przecież tylko parę lat po tym, jak w ekstraklasie grał GKS Jastrzębie. Ile człowiek napocił się czekając, aż ten upragniony zespół pojawi się w Pucharze Polski... SWOS był nieco opóźniony wobec oficjalnych rozgrywek, zatem sezon 1994/1995 zawierał drużyny z poprzedniego sezonu. I tak samo było w kolejnych latach. Na szczęście Polska była aktualizowana. Co innego kraje na wschód od nas, gdzie w ekstraklasie rosyjskiej można było znaleźć takie skarby, jak Żemczużina Soczi, Asmaral Moskwa czy Okean Nachodka znad północnokoreańskiej granicy, w grze występujący jako Nakhodna, co było literówką. Tych literówek było zresztą więcej, ale to tylko dodawało uroku grze. Oto w lidze polskiej grał Raków... Czestochoa. Autorom gry zabrakło miejsca na wpisanie pełnej nazwy miasta, zatem właśnie tak rozwiązali problem. Sam Raków przez graczy z Jastrzębia mógł być traktowany nieco inaczej niż pozostałe drużyny. W bramce Andrzej Kretek, a na ławce Marek Kołtko. Było jakąś siłą tej gry to, że najpierw człowiek oglądał Eurogole, a potem zasiadał do Amigi i tymi samymi zawodnikami mógł strzelać bramki. Niewiele gier dawało taką możliwość, a już na pewno żadna nie pozwalała tak mocno wczuć się w rozgrywki ligowe w Europie, gdzie użytkownik miał do wyboru możliwość gry w praktycznie każdej z lig. W zasadzie brakowało jedynie Bośni i Hercegowiny (gdzie dopiero kończyła się wojna), Macedonii, Mołdawii, Andory, Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. I to jedynie z tego powodu wśród proponowanych narodowości dla nowego trenera nie było właśnie tych wymienionych. Oraz Jugosławii (czyli Serbii i Czarnogóry), która wówczas była wykluczona z rozgrywek międzynarodowych. Z drugiej jednak strony, sama liga Jugosławii istniała. A tam też małe cuda. Budućnost Podgorica, Sutjeska Niksic (dziś Czarnogóra), FK Pristina (Kosowo, pojawiała się w Pucharze Jugosławii) oraz... Borac Banja Luka (Bośnia i Hercegowina, również w Pucharze Jugosławii). Jedynym deprymującym elementem ligi jugosłowiańskiej było nazwanie Crvenej Zvezdy po angielsku. Red Star Belgrade? Bez sensu. Ale w wielu innych, nieco bardziej popularnych ligach, wszystko było dopracowane do ostatniego piłkarza na rezerwie.

Gra miała swoje tajemnice. Największą z nich było odnalezienie graczy, którzy kosztowali mało, a po kupnie ich cena rosła w zawrotnym tempie. Z tego powodu gość kosztujący 300 tys. mógł być po sezonie wart milion, a po sprzedaży go do innego klubu... znów kosztował 300 tys. I dla reprezentacji miał wartość jedynie dwóch i pół gwiazdki. Takim piłkarzem był Theodoros Zagorakis z PAOK Saloniki. Obrońca. Facet kosztował 300 tys. i stać na niego było nawet Siarkę Tarnobrzeg. Być może dlatego dla niżej podpisanego tak sensacyjna postawa Zagorakisa prawie osiem lat później na Euro 2004 w kadrze Grecji nie była aż taką niespodzianką... Dużo zyskiwał też młody wówczas Fabio Cannavaro (kosztował zaledwie milion), a we wcześniejszej wersji gry Oliver Bierhoff z Udinese. To było jeszcze przed Euro 1996, gdzie Niemiec strzelił dla swojej reprezentacji złotego gola w finale z Czechami. A przecież nie tylko piłkarzy dotyczyły finanse... W jednym z klubów ligi urugwajskiej (Besanez lub coś podobnie brzmiącego) po niemal każdym meczu na konto wpływał... okrągły milion. Wszystko pięknie, ale w przypadku Ameryki Południowej brakowało Copa Libertadores. Zatem po zdobyciu mistrzostwa Montevideo i okolic można było się znudzić. Co do obrońców, to świetną metodą na zarabianie na nich było postawienie ich... na pomocy przy taktyce 4-4-2. Pomocnicy tracili wartość w oczach, a obrońcy wprost rozkwitali. W ten sposób można było szybko i niepostrzeżenie przejść przez pierwsze cztery sezony jako nowy Jose Mourihno i otrzymać upragnione "International job offer from Poland". I tam zaczynała się zabawa w porównywanie, wyrzucanie, dokładanie i zdobywanie wszystkiego z reprezentacją Polski. Ale i tu mały błąd. Na pozycji środkowego obrońcy (D) Marek Jozniak z EA Guingamp. A na pozycji prawego obrońcy (RB) Marek Jóźwiak z Legii... Trudno. Taki urok gry. I choć Polską wygrywało się wszystko, a Stomilem Olsztyn przebojem zdobywało się Ligę Mistrzów, to największym sukcesem w reprezentacyjnej karierze niżej podpisanego był ćwierćfinał mistrzostw świata osiągnięty z Indiami. Każdy z piłkarzy po jednej gwiazdce. W lidze sześć zespołów, które prezentują poziom poniżej krytyki. Mecz z Brazylią. Kilkanaście strzałów w światło bramki, ale Taffarel wszystko bronił. A ci jeden strzał z połowy boiska i indyjski patałach w bramce zapomniał, jak się piłkę łapie. To były przeżycia. A byli i tacy, którzy w przerwie między lekcjami w podstawówce biegli do domu i rozgrywali mecze...

Inną bajką były kilkuosobowe turnieje. Grywalność Sensible była wręcz kosmicznie dobra, więc łamanie joysticków i wściekłość po przegranych meczach były na porządku dziennym. Co innego przegrać z komputerem, którego po paru miesiącach ogrywało się bez problemu, a co innego zmierzyć się z żywym rywalem. Taki przeciwnik nie reaguje automatycznie, ale myśli i czasami zdarza mu się zrobić coś nieprzewidywalnego. Ale te spotkania nie były częste. Rodzice nie mieli aż tak dużo pieniędzy na nowe joysticki... Zatem po turnieju człowiek biegł na boisko, aby w prawdziwym życiu wygrać "w tyka" z kolegą, który przed godziną rozwalił mu Milan jakimś Galatasarayem.

Sensible World of Soccer. Epokowa gra sportowa, jakiej już nie będzie. Niezwykły sentyment. Temat do rozmów na przerwach we wszystkich jastrzębskich, polskich, a zapewne i wielu europejskich szkołach. I to zaledwie piętnaście lat temu. Parę pikseli, ta sama muzyka, kilka kolorów i do tego trzeba czekać, aż "przewiną się ligi". Tym niemniej, zapewne wśród Szanownych Czytelników znajdą się tacy, którzy mogą powiedzieć o sobie: "Jesteśmy pokoleniem Sensible".

Autor: Mariusz Gołąbek
Źródło: http://jasnet.pl

Autor: Bliszka, Data: 06.10.2014